Latałem dronem nad plażą w Sydney. Obserwowałem jak rozbijają się o brzeg oceaniczne fale i patrzyłem na próby surferów, którzy chcieli się załapać na ich grzbiety. DJI Phantom dawał sobie nieźle radę z podmuchami wiatru na pułapie 75 metrów. Nie mam uprawnień operatora, latałem, hm. w BVLOS i nie miałem na sobie odblaskowej kamizelki. Jak to jest możliwe?

Widok oceanu zniewala. Najpierw obserwuję fale z poziomu ziemi. Sprawdzam datę i godzinę lotu: 13 lipca 2018 r., godz. 16 czasu miejscowego. Startuję. Dron wzlatuje szybko na 30 metrów. Wokół plaża, Ocean Spokojny, zaś w dali wieżowce Sydney. Wzbijam się wyżej. Pionowy geonfencing pozwalał mi dotrzeć na 75 metrów. Ruszyłem wzdłuż oceanicznego brzegu w obrębie wytyczonego wcześniej geofencingu. Kamera pokładowa wychwyciła biegaczy i surferów. Ot, zimowy krajobraz Australii tuż przed zmierzchem. Po kilku minutach wylądowałem, gotowy do kolejnej misji.

BVLOS w chmurze

Z jednej strony rzeczywiście operowałem dronem – przyspieszałem, zwalniałem, wznosiłem maszynę i obniżałem pułap, z drugiej strony – nie ruszyłem się sprzed mojego warszawskiego biurka. A jednak latałem i rzeczywiście wszystko, co napisałem wyżej – przeżyłem. To dzięki Tomowi Piotrowskiemu, prezesowi zarządu Southern Cross Drones Pty Ltd (www.southerncrossdrones.com) z Sydney, który zgodził się, abym osobiście sprawdził możliwości oprogramowania Cape Aerial Telepresence (www.cape.com).

Otóż Cape – kalifornijski startup, powstały w 2014 r. stworzył innowacyjną platformę działającą w chmurze (techniki cloud computing), która zapewnia możliwość efektywnego sterowania latającym robotem w dowolnym miejscu na świecie w czasie rzeczywistym. Za pośrednictwem swoich partnerów takich jak właśnie Southern Cross Drones Pty Ltd. wdraża swoje oprogramowanie w rolnictwie, zarządzaniu kryzysowym czy w inspekcji infrastruktury krytycznej.

Potrzeba dwóch ludzi, notebook, dron, przeglądarka internetowa i w miarę stabilny dostęp do sieci. To rozwiązania radykalnie zmienia zadania operatora drona. Ten, kto fizycznie jedzie na miejsce akcji z dronem, skupia się na wyznaczeniu geofencingu zgodnie z zastanymi warunkami, sprawdzeniu stanu baterii, przygotowaniu miejsca startu i lądowania oraz na zestawieniu łącza internetowego, następnie zaś na monitorowaniu przebiegu misji. Natomiast pilotowaniem drona i obserwacją zajmują się zdalnie główni interesariusze– służby reagowania kryzysowego, zarządy firm, działy nadzoru nad infrastrukturą czy też rolnicy.

Można też sobie wyobrazić zastosowania edukacyjne, w których uczniowie z Polski obserwują w czasie rzeczywistym kangury w Australii lub pingwiny w Antarktyce, zaś ich rówieśnicy z Sydney żubry w Teremiskach, mając wpływ, w którą stronę polecieć i pod jakim kątem spojrzeć na odległy świat. Na dodatek obraz z drona mogą w tym samym czasie obserwować zaproszeni goście z dowolnego zakątka na świecie, do którego dociera internet.

Analiza informacji priorytetem

Tom Piotrowski przybliża sposób działania tego oprogramowania. Banalne proste! Ten, kto kiedykolwiek grał w dowolną grę komputerową, opanuje latanie dronem migiem. „Gdy naciśniesz enter na klawiaturze, to dron automatycznie się wzniesie i wejdziesz w obszar geofencingu. Klawisz „W” pozwoli Ci polecieć do przodu, „D” – w prawo, zaś plusem przyspieszasz. Myszą wskazujesz, co ma kamera obserwować. Nie możesz się rozbić, więc nie musisz się o nic martwić. W razie czego przejmę kontrolę nad maszyną” – tłumaczy Tom.

Taka intuicyjna nawigacja sprawia, że kierownictwo akcji lub analitycy informacji sami decydują, co chcą zobaczyć. Operator drona może być przedstawicielem danego przedsiębiorstwa lub służby albo wręcz wynajętym na czas misji właścicielem bezzałogowca, który ma zadbać tylko o generalne warunki bezpieczeństwa, resztą zaś zajmą się zdalnie zainteresowani.

Tutaj mała dygresja. Droniadę od lat wspierają Centrum Naukowo-Badawcze Ochrony Przeciwpożarowej im. Józefa Tuliszkowskiego w Józefowie k. Warszawy, która prowadzi szkolenia w zakresie technologii dronowych oraz Szkoła Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. Wielokroć rozważaliśmy możliwości wykorzystania prywatnych dronów w zarządzaniu kryzysowym. Strażacy przyjeżdżają na miejsce akcji, widzą droniarza, który chętnie udostępni im swoje umiejętności i maszynę i… ? Właśnie dalej nie wiadomo.

Są dwie szkoły w tej materii – jedna stawiającą ratowanie życia i mienia ludzkiego na piedestale, w myśl której można zarekwirować dowolną rzecz np. samochód lub wymusić działanie na postronnych osobach, druga – asekuracyjna, która nakazuje mieć podpisane umowy z różnego rodzaju podmiotami gospodarczymi i osobami prywatnymi o użyczenie sprzętu lub kompetencji na czas wykonywania zadań w sytuacjach kryzysowych.

Cape Aerial Telepresence jest trzecią drogą. Owszem, służby mogą mieć własnego technika-operatora drona, którego wysyłają na miejsce zdarzenia i z jego pomocą śledzić akcję na tej chmurowej platformie, ale także mogą podpisać umowy z droniarzami, by to oni zakładali geofencing i pilnowania bezpieczeństwa lotu. W grę wchodzi również mobilizacja każdego napotkanego operatora (z licencją czy bez licencji UAV) do akcji, ze świadomością, że dowództwo i tak przejmie kontrole nad lotem i kamerą / czujnikami. To znacząco obniża koszty reagowania kryzysowego i przyspiesza podejmowanie decyzji. Wszakże decydent może osobiście widzieć na ekranie, co się dzieje. W obu przypadkach a priori zakładamy, że właściciele dronów dbają o nie, serwisują je regulaminowo i mają sprawdzone akumulatory.

Co w trawie piszczy

Southern Cross Drones specjalizuje się w implementacji technologii zbierania i analizowania informacji z wykorzystaniem dronów w różnych obszarach gospodarki od górnictwa poprzez zarządzanie kryzysowe aż do rolnictwa. Tam jest również miejsce na wdrożenie oprogramowania Cape Aerial Telepresence.

„Wciąż drony wymuszają na użytkowniku, by zdobył stosowne umiejętności lotnicze i techniczne. Taki rolnik – przedsiębiorca rolny – może albo sam bawić się w opanowanie operowania dronem i następnie analizę informacji albo powierzyć to zadanie specjalistycznej firmie. Lot z wykorzystaniem telepresence jest propozycją dla tych rolników, którzy chcą jak najszybciej podejmować decyzje” – tłumaczy Tom Piotrowski.

Można wówczas podzielić zadania dla dronów na te, które da się wykonać całkowicie w trybie automatycznym jak np. kontrola ogrodzenia czy stan wzrostu roślin albo wymagają natychmiastowej decyzji właściciela / pracownika firmy rolnej jak np. poszukiwanie zaginionych zwierząt. Na dodatek z transmisji na żywo mogą skorzystać zewnętrzni eksperci lub właściciele, bez względu na to, gdzie się znajdują.

…Trzy, dwa, jeden start. Teraz lecimy nad ocean pooglądać przepływające obok Sydney humbaki.